Od korporacji do kuchennej wyspy. Rozmowa z Mateuszem
Na początek: kim jesteś, kiedy akurat nie trzymasz dłuta w ręce?
Mam na imię Mateusz. Za dnia pracuję w korporacji, gdzie targety, analizy, spotkania, negocjacje i doradztwo biznesowe wypełniają mi czas po brzegi. Po godzinach zrzucam marynarkę, zakładam poplamione farbą ubrania i zaczynam tworzyć grafikę warsztatową w technice linorytu.
Skąd w takim razie wziął się linoryt?
Za sugestią żony poszedłem na jednodniowy kurs linorytu. Wcześniej zajmowałem się rzeźbą w drewnie, więc przeskoczenie na medium bardziej miękkie i łatwiejsze w obróbce było niezwykłym doświadczeniem.
Wpadłem po uszy od razu. Zakochałem się w tej technice - w jej specyfice, pracy z dłutem i pewnych podobieństwach do rzeźby. Rok 2023 to formalny początek tej przygody.
Co takiego ma w sobie linoryt, że wciągnął Cię od pierwszego spotkania?
Jest na tyle przystępny, że można tworzyć nawet bez profesjonalnej pracowni. Wystarczy kilka podstawowych narzędzi i chęć do nauki. Reszta to praca i odkrywanie kolejnych możliwości: techniki cięcia, zostawiania śladów w matrycy i tego niepowtarzalnego momentu niepewności, kiedy podczas pierwszej odbitki podnosi się papier.
Sam pracuję na kuchennym blacie - dużej wyspie, która sprawdza się idealnie.
Zanim jednak można podnieść papier i zobaczyć efekt, trochę czasu mija. Jak powstaje Twój linoryt?
Najpierw jest idea - mniej więcej wiem, co chcę przedstawić. Później zastanawiam się, jak rozrysować to na matrycy i jakich cięć użyć, żeby osiągnąć zamierzony efekt.
Często matryca leży już rozrysowana na blacie, a sposób prowadzenia dłuta jeszcze dojrzewa w mojej głowie. Później pojawia się pierwsze cięcie i zaczyna się magia.
Łącząc tworzenie z pracą na etacie, od szkicu do pierwszych odbitek mniejszej matrycy, na przykład 21 × 27 cm, potrzebuję średnio około miesiąca.
Twoja twórczość opiera się na trzech dość różnych światach. Co do Ciebie najczęściej wraca?
Pierwszym filarem jest mitologia słowiańska - zgłębianie naszych korzeni i wierzeń przedchrześcijańskich daje ogromne pole dla wyobraźni.
Drugi to architektura Śląska. Wynika z zachwytu nad miejscami, które mijam na co dzień, a które nieraz sprawiły, że po prostu przystanąłem z podziwu.
Trzecim są góry, co wiąże się z moimi korzeniami - wychowałem się w Zakopanem. Dodatkowo pojawiają się portrety oraz dzieła mistrzów, którzy mnie inspirują.
Skoro pojawił się Śląsk - Ty jesteś tutaj „z wyboru”. Co takiego znalazłeś w tym miejscu?
Śląsk jest niesamowity. Mieszkałem w Krakowie, Wrocławiu i Warszawie, pochodzę z Zakopanego, ale to na Śląsku żyje mi się najlepiej.
Tutejsza architektura mocno gra w moim sercu. Chodząc po Katowicach, Bytomiu, Gliwicach czy moim Sosnowcu, często patrzę na fasady kamienic i po prostu zachwycam się ich detalem. To żywa inspiracja dla całej serii architektonicznej, którą stale rozwijam.
Masz jedną pracę, o której możesz powiedzieć: „ta jest dla mnie szczególna”?
Ogromne znaczenie ma dla mnie tryptyk z Tatrami. Jedna matryca ma aż 180 × 60 cm, a są trzy! Cały projekt i praca nad nim zajęły mi około trzech lat.
Efekt robi wrażenie, ale dziś chyba nie podjąłbym się ponownego ręcznego odbijania tak gigantycznej pracy bez prasy.
Bardzo bliski jest mi też pierwszy portret w technice linorytu, który wyciąłem dla mojej siostry ciotecznej. To od niego zaczął się pomysł na serię mniejszych formatów.
Linoryt nie wybacza błędów. Co dzieje się, kiedy po wielu godzinach pracy wykonasz nie takie cięcie albo matryca po prostu „nie idzie”?
Są matryce, które w trakcie pracy po prostu odrzuciłem. Ta technika nie wybacza błędów, ale właśnie one uczą najwięcej. Nie da się ich uniknąć - są wpisane w proces i traktuję je jako cenne doświadczenie.
Kiedy widzę, że coś idzie opornie, wolę odpuścić i nie szarpać się z materiałem. Gdy wracam do matrycy wypoczęty i ze świeżą energią, praca idzie znacznie sprawniej.
Powiedziałeś, że Twoją pracownią jest właściwie kuchnia. Jak wygląda przestrzeń, w której tworzysz?
Mieszkamy w prawie stuletniej kamienicy z wysokimi sufitami, a moją codzienną pracownią rzeczywiście jest kuchnia. Warsztat rozkładam na wyspie o wymiarach 200 × 90 cm - to idealny blat roboczy.
W samej kuchni wiszą już moje grafiki: tryptyk tatrzański, panteon bóstw słowiańskich i kilka innych prac. W całym mieszkaniu mamy na ścianach obrazy, rzeźby i grafiki - nasze oraz innych artystów. Otoczenie sztuką nakręca kreatywność i daje mnóstwo energii.
Nie ma jednak tworzenia bez chęci i wejścia w stan flow.
Nie korzystasz też z prasy drukarskiej. Jak dużo zmienia to w samym procesie?
Każda odbitka to u mnie stuprocentowo ręczny docisk. Trzeba nabrać wprawy, żeby papier nie przesunął się nawet o milimetr.
Na początku kluczowe było opanowanie samej techniki - wycinania i precyzyjnego odbijania. Dochodzi do tego dobór odpowiednich farb i dbanie o dłuta. Im dłużej wycinam, tym więcej odkrywam niuansów, które bezpośrednio przekładają się na jakość i czystość odbitki.
Co chciałbyś, żeby wydarzyło się po drugiej stronie - kiedy ktoś staje przed gotowym linorytem?
Nie narzucam odbiorcy konkretnych emocji. Cieszy mnie jednak, kiedy ludzie zatrzymują się i wpatrują w detal.
Widzę to często na targach rzemiosła i sztuki - niemal z każdym udaje się zamienić parę słów. Fakt, że moja sztuka z kimś rezonuje, porusza jakąś strunę w duszy i wywołuje emocje, daje mi ogromną satysfakcję. To świetne uczucie.
Kto inspiruje Ciebie jako odbiorcę sztuki?
Wśród moich ulubieńców są Witkacy - szczególnie jego malarstwo olejne w duchu Czystej Formy - Hieronim Bosch, Zdzisław Beksiński, Vincent van Gogh czy Jacek Malczewski.
Co obecnie leży na Twoim kuchennym blacie?
Równolegle rozwijam serię śląskiej architektury oraz panteon słowiański. W najbliższym czasie chcę rozbudować motywy słowiańskie o postacie z bestiariusza. Pojawią się między innymi Leszy, Wilkołak, Baba Jaga czy Rusałki.
A jeśli ktoś po przeczytaniu tej rozmowy pomyśli: „chcę spróbować linorytu” - od czego powinien zacząć?
Nie trzeba mieć profesjonalnej pracowni ani drogiego sprzętu. Na początek wystarczą dwa, trzy podstawowe dłuta, kawałek linoleum i odrobina cierpliwości.
Linoryt to proces podzielony na etapy: projekt, wycinanie i odbijanie. Wszystko można zrobić na domowym stole i po prostu sprawdzić, czy ta technika wciągnie nas tak samo mocno.