← Wszyscy twórcy
Twórca

Karolina Gorczyńska-Jarek

Ceramika

Karolina Gorczyńska-Jarek — Ceramika

Ceramika, do której się wraca

Niektóre historie z tworzeniem zaczynają się od przypadku. Inne - jakby dużo wcześniej, zanim jeszcze sami zdajemy sobie z tego sprawę.

Karolina Gorczyńska-Jarek śmieje się, że od zawsze płynęła w jej żyłach masa lejna. Ceramika była obecna w historii jej rodziny, choć początkowo oglądana trochę z boku - podczas wakacji, wizyt w manufakturach bliskich, w zapachu i cieple buchającym od pieców. Sama po raz pierwszy naprawdę dotknęła gliny dopiero w Liceum Plastycznym w Nowym Wiśniczu. Później była Akademia Sztuk Pięknych we Wrocławiu i projektowanie ceramiki. Mogłoby się wydawać, że dalszy ciąg tej historii był oczywisty.

Nie był.

Po studiach przyszło wypalenie i odsunięcie się od ceramiki. Paradoksalnie więc Karolina mówi, że jej prawdziwe „to jest to” wydarzyło się znacznie później - dopiero trzy, cztery lata temu. Trochę za sprawą ludzi, którzy ciągle pytali, dlaczego nie tworzy. Trochę dzięki wsparciu najbliższych. A trochę dlatego, że sama poczuła, że coś wciąż ją do ceramiki przyciąga.

Dzisiaj tworzy w pracowni urządzonej w garażu rodziców. Nazywa ją swoim miejscem wolności. Jej prace wyrastają z tego, co aktualnie ją otacza - ludzi, miejsc, zainteresowań i emocji. Powtarzalność wzorów przywołuje rodzinne związki z ceramiką bolesławiecką, roślinne motywy mówią o spokoju i pełni życia, a Śląsk, na którym Karolina mieszka od ośmiu lat, przyniósł kolejną warstwę inspiracji.

Zacznijmy od początku. Kim jesteś i jak zaczęła się Twoja historia z ceramiką?

Nazywam się Karolina Gorczyńska-Jarek. Od ośmiu lat mieszkam na Śląsku. Śmieję się, że od zawsze płynęła w moich żyłach masa lejna, bo moja historia z ceramiką zaczęła się właściwie już od kołyski. Sama gliny dotknęłam jednak dopiero wtedy, kiedy poszłam do Liceum Plastycznego w Nowym Wiśniczu.

Ceramika była więc obecna w Twojej rodzinie dużo wcześniej, zanim sama zaczęłaś tworzyć. Pamiętasz coś szczególnie z tamtego czasu?

Część mojej rodziny od strony taty zajmowała się ceramiką na co dzień. Żeby była jasność - ja sama nie doświadczałam jej wtedy codziennie. Miałam z nią kontakt raczej z doskoku, czasem podczas wakacji, jako obserwatorka. Do tej pory jednak pamiętam ten zapach i przyjemne ciepło buchające od pieców w manufakturach moich bliskich.

Te wspomnienia sprawiły, że jako młoda osoba tak pokierowałam swoją edukacją, że najpierw ukończyłam Liceum Plastyczne, a później Akademię Sztuk Pięknych we Wrocławiu na kierunku projektowanie ceramiki.

Wydawałoby się więc, że moment „to jest to” przyszedł bardzo wcześnie. Tymczasem było zupełnie inaczej.

Tak. Po ukończeniu studiów doświadczyłam wypalenia zawodowego. Tak naprawdę o swoim „to jest to” mogę powiedzieć dopiero teraz.

Trzy, cztery lata temu odważyłam się wrócić. Nie mogłam już znieść wiecznych komentarzy: „A czemu tego nie robisz?”, „Kupiłbym coś od Ciebie”. W końcu powiedziałam sobie: no dobra, najwidoczniej coś jednak mnie do tego wzywa.

Dużo zawdzięczam mojemu mężowi i rodzinie. Pomogła mi nawet moja pracodawczyni w innej pracy, która podzieliła mój etat na pół. Dzięki temu wsparciu jestem dziś tu, gdzie jestem.

Co takiego ma w sobie ceramika, że właśnie do niej wróciłaś?

Najbardziej fascynuje mnie jej wartość, której nie widać na pierwszy rzut oka. Te tysiące lat wiedzy, doświadczeń i odkryć. To, że mogę być częścią tego zmiennego procesu, a jednocześnie częścią ludzkiego dziedzictwa.

Dlatego nie wyobrażam sobie, żeby moje projekty nie przechodziły przez moje ręce. Chcę być przy nich obecna, nawet jeśli pracuję metodą odlewania z masy lejnej.

Od czego zaczyna się u Ciebie nowy projekt?

Pierwszą rzeczą, o której myślę, jest jego wartość i to, co chcę poprzez niego opowiedzieć. Każdy projekt ma swoją historię. Dotyczy tego, na czym w danym momencie się skupiam, czym się interesuję, gdzie przebywam, co daje mnie i innym radość albo spokój.

Dopiero później dopasowuję do tego proces i pozwalam mu się trochę ponieść. Pierwsze próby rzadko wyglądają dokładnie tak, jak sobie zaplanowaliśmy.

Powiedziałaś, że Twoje prace opowiadają również o tym, co dzieje się wokół Ciebie. Jak widać w nich Twoją własną historię?

Niedawno odkryłam, że właściwie wszystkie prace, które realizuję, mówią o tym, co dzieje się dookoła mnie - co lubię, czym się interesuję, gdzie aktualnie jestem i jakimi ludźmi się otaczam.

Widać to chociażby w sposobie, w jaki maluję wzory na naczyniach. Mój dziadek miał manufakturę produkującą ceramikę bolesławiecką, a ja byłam mocno związana ze Świętem Ceramiki w Bolesławcu. Ten wieloletni wpływ sprawił, że wzory, które tworzę, często są powtarzalne - podobnie jak charakterystyczna kobaltowa kropka.

Kiedy natomiast maluję motywy roślinne, robię to z myślą o poczuciu spokoju, piękna i pełni życia, bo właśnie tak czuję się w tym momencie.

A Śląsk? Mieszkasz tutaj od ośmiu lat. Zdążył wejść do Twojej twórczości?

Ma na nią ogromny wpływ. Uwielbiam Śląsk. Jest elektryzujący. Ta piękna czerwona cegła nosi w sobie tyle historii - historii, które chcę opowiadać poprzez ceramikę i projekty tworzone z ludźmi.

Jak wygląda Twoja pracownia?

Mieści się w garażu rodziców. I chyba właśnie bez niej nie wyobrażam sobie tworzenia. To moje miejsce wolności.

Ceramika bywa jednak kapryśna. Co robisz, kiedy po wielu godzinach pracy coś pęka albo wychodzi zupełnie inaczej, niż miało?

Kiedyś zdarzało się to dość często, nawet jeszcze przed wypałem. Obecnie, dzięki większej wiedzy, regularnej pracy i lepszemu poznaniu materiału, takie sytuacje zdarzają się rzadziej.

Jeśli już się pojawiają, znajduję dla takich prac drugie życie albo… lądują w koszu. Może zabrzmi to drastycznie, ale ciągłe przejmowanie się każdą zniszczoną rzeczą powodowało u mnie ogromną blokadę i dużo złości. Musiałam nauczyć się odpuszczać.

Masz pracę albo kolekcję, która jest Ci szczególnie bliska?

Nie mam jednej. Każda z prac, kolekcji i każdy ze wzorów, które powstały do tej pory, opowiadają o innym etapie mojego życia. Dlatego trudno byłoby mi wybrać jedną najbliższą.

Twoja ceramika później opuszcza jednak pracownię i zaczyna żyć z kimś innym. Co chciałabyś, żeby czuła osoba, która bierze ją do ręki albo używa jej każdego dnia?

Chciałabym, żeby stała się dla tego człowieka czymś wyjątkowym. Żeby przypisał jej ważne dla siebie emocje i uczucia. Żeby dawała mu radość i przywoływała wspomnienia.

Nad czym pracujesz teraz? W jakim kierunku chcesz pójść dalej?

Od dawna myślę o cyklach - opowiadaniu o jednym temacie za pomocą różnych technik ceramicznych, z dużym naciskiem na formę i malarstwo.

Co powiedziałabyś komuś, kto patrzy na ceramikę i myśli: „też chcę spróbować”?

Przede wszystkim: znaleźć dobrego nauczyciela. Dzięki temu można uniknąć wielu bardzo dotkliwych sytuacji - zarówno emocjonalnie, jak i finansowo.

Warto też spróbować różnych technik tworzenia i zdobienia, żeby poczuć, która najbardziej nam odpowiada, a później rozwijać się właśnie w tym kierunku.

Ceramika była w historii Karoliny właściwie od początku. Najpierw gdzieś w tle - w rodzinnych manufakturach, zapachu, cieple pieców i charakterystycznych wzorach. Później stała się kierunkiem edukacji, zawodem, od którego trzeba było na jakiś czas odejść, a w końcu czymś, do czego warto było wrócić na własnych zasadach.

Dziś w garażowej pracowni Karoliny spotykają się te wszystkie historie. Rodzinne inspiracje z Bolesławca, nowe życie na Śląsku, czerwona cegła, roślinne wzory i codzienność, która nieustannie podsuwa kolejne tematy.

A przed nią następne eksperymenty, formy i opowieści zamknięte w ceramice. Bo czasem trzeba odejść od czegoś na chwilę, żeby wrócić i zrobić to naprawdę po swojemu.